Jakiś czas temu postanowiłem, że stopniowo będę przybliżał sobie twórczość pisarzy, którzy kładli podwaliny pod gatunek science fiction. Cofając się w czasie do początków tego gatunku zauważyłem, jak cienka granica dzieliła raczkujące science fiction od literatury grozy. Stwierdziłem również, że chociaż mój czytelniczy dorobek wydaje mi się być dość bogaty, to zdecydowanie brakuje w nim horrorów. Dlatego też oprócz poznawania klasyków sci-fi stopniowo poznaję i klasyków literatury grozy.
„Coś” opowiada historię ekspedycji naukowej na Antarktydzie. Podczas badań naukowcy natrafiają na dziwny obiekt spoczywający pod grubą warstwą lodu. Nie spodziewają się, że zamarznięta istota znaleziona wewnątrz pojazdu mogła przeżyć. Istota nie dość, że przerażająca swoją nieziemskością to jeszcze zdolna przyjąć wygląd dowolnego żyjącego organizmu wraz z jego wiedzą i wspomnieniami.
Autor w ciekawy sposób ukazuje zachowanie ludzi, którzy zaczynają powątpiewać czy pozostali członkowie ekspedycji są tymi za kogo się podają. W ciasnych i dusznych pomieszczeniach zaczyna powoli pełzać panika i paranoja. Niektórzy bohaterowie przechodzą załamanie nerwowe. Zaczyna się wielkie polowanie. Jednak warto wspomnieć o tym, że w sumie nie ma pewności, czy pozaziemska istota ma niecne zamiary. Jest wielce prawdopodobne, że pewne jej zachowania są skutkiem czynów ludzi. Rodzi się również kolejne pytanie: czy tak naprawdę znamy ludzi z naszego otoczenia? Czy jesteśmy pewni, że wszystko to co wiemy o kimś bliskim jest prawdą a nie maską skrywającą prawdziwe oblicze? Czy ta obca inteligencja z „Coś” aby na pewno aż tak różni się od nas?
















