Brandon Sanderson należy do grona moich ulubionych pisarzy. Swoją przygodę z jego twórczością rozpoczynałem od „Z mgły zrodzonego” a niedawno zostałem oczarowany „Drogą Królów”. W zeszłym roku dzięki „Do gwiazd” przekonałem się, że Sanderson równie dobrze radzi sobie z książkami skierowanymi do trochę młodszego czytelnika. Przygody Spensy i M-Bota bardzo przypadły mi do gustu a książkę pochłonąłem w dwa wieczory. Dlatego też, ciekaw dalszych losów eskadry pilotów nie powstrzymywałem się zbyt długo przed sięgnięciem po „Wśród gwiazd”.
Ataki Krelli na planetę zamieszkaną przez ludzi nasilają się. Naukowcy na jednej z platform otaczających Detritusa odkrywają nagranie ukazujące ostatnie chwile życia ich wcześniejszych mieszkańców, które zamiast cokolwiek wyjaśnić powoduje, że przeszłość staje się jeszcze bardziej zagadkowa. Spensa ratuje przed rozbiciem się statek z pilotką pochodzącą z obcej cywilizacji. Trudno wyobrazić sobie lepszą okazję do przeniknięcia za linię wroga. Spensa dzięki zaawansowanej technologi M-Bota przybiera postać obcej i niczym Hans Kloss wyrusza aby zdobyć tajemnicę hipernapędu.
Od momentu zakończenia „Do gwiazd” do chwili rozpoczęcia akcji „Wśród gwiazd” nie mija wiele czasu. Dlatego też nie należy liczyć na to, że w zachowaniach bohaterów zajdą jakieś zmiany. Spensa dalej nie potrafi utrzymać języka za zębami i podczas misji na terenie należącym do Zwierzchnictwa popełnia kilka gaf, które tylko cudem jej nie demaskują. Zwłaszcza, że na stacji „Wśród gwiazd” Spensa dostaje szoku widząc tłumy istot spokojnie sobie żyjących, wychowujących dzieci czy chodzących na zakupy. Rasa Krelli to tylko wierzchołek góry lodowej. M-Bot z kolei wciąż próbuje odpowiedzieć na pytanie czy jest istotą żywą. Jednak wszelkie testy są hamowane przez protokół w jego oprogramowaniu, który za każdym razem gdy sztuczna inteligencja próbuje zrobić coś z nim niezgodnego powoduje zawieszenie i kilkuminutowy restart M-Bota.
